08 May 2017

WEEKEND MAJOWY


Mam wrażenie, że ostatnimi czasy wpadłam w totalny stan hibernacji. Zapytana co robiłam przez ostatnie miesiące, zupełnie szczerze mogę powiedzieć, że średnio cokolwiek pamiętam... no ewentualnie możemy tutaj liczyć na chwilowe zaćmienie mózgu (które zatrudniło się u mnie niemal na cały etat i obecnie taki stan zdarza mi się dość często). Wyjątkowo upodobałam sobie przesiadywanie na moim fotelu, który dosłownie wyeliminował stojące tam biurko - tak się właśnie ustala priorytety. Potrafię godzinami przesiadywać słuchając muzyki i wgapiając się w stertę papierków, karteczek i gazet piętrzących się w stosy na mojej podłodze. Generalnie strategiczny punkt pokoju, widać dosłownie wszystko, co czasami bywa przerażające biorąc pod uwagę, że ogólny dizajn zmierza w kierunku klęski żywiołowej. W takich chwilach przenoszę wzrok na sufit... Oczywiście takie bezczynne siedzenie traci na atrakcyjności w przerwach od szkoły. Nic nie robić można, ale nie kiedy faktycznie lista szkolnych obowiązków świeci pustkami. Dlatego jak zachłysnęłam się majówką, myślałam, że rodzice na amen zapomną jak wyglądam, o całej reszcie nie wspominając. No, ale że właśnie do domu wróciłam, rodzinie odświeżyłam pamięć to i Wam się przypomnę haha :)

24 January 2017

JEŚLI PROBLEMY SĄ NA RZEPY, TO ICH NIE ROZWIĄŻESZ


Moja głowa ostatnimi czasy to huragan nieuporządkowanych myśli. Sterta zalegających papierów, druczków i zeszytów, które usilnie próbują znaleźć miejsce wciskając mi się pod nogi. Koncepcji, które błądzą po kątach szukając cienia miejsca w zapchanych szufladkach. I książki. Egzemplarze z powyrywanymi stronami, układające się w coraz to większe i wyższe kombinacje architektoniczne. Wysokie, nierównomiernie powyginane, niczym projekty japońskich architektów, sięgają aż do sufitu pozbawiając cały ten zamęt dostępu do światła. Jednym słowem niezły chaos.

20 November 2016

WASTE OF TIME IS, SIMILAR TO DEATH, IRREVERSIBLE

No niech mnie ktoś pocieszy, że nie tylko mi wszystkie dni lecą przez palce. Nie wiem czy to listopad, czy szkolna rutyna, ale naprawdę - godziny sobie lecą jak chcą. Jedna po drugiej. W dodatku z tak zawrotną prędkością, że sama się dziwię kiedy nagle mamy weekend (który oczywiście za chwilę wędruje sobie w czeluście przeszłości). I wiecie co? Wszystko byłoby w normie (no przynajmniej w kontekście szkoły), gdyby nie to, że na końcu każdego etapu edukacji musi być egzamin. W liceum padło niestety na maturę, o której wręcz nie dają nam zapomnieć. Przysięgam na każdej lekcji, chociaż raz dobitnie nam o tym przypomną. Mogłabym nawet się pokusić o stwierdzenie, że matura wyskakuje mi z lodówki niczym niejeden celebryta.
Swoją drogą, sama się właśnie weszłam na tory nauczycieli i Wam o tym przypomniałam. Nie dziękujcie :). Generalnie, chyba nieźle zabsorbowała mnie ta instytucja skoro jestem wstanie pisać  pasjonujące elaboraty na ten temat. Kurde, nie dobrze haha.